List trzeci
Słodka P.,
Dziś mijają dwa tygodnie od naszego finalnego rozstania. Dziś też pierwszy raz mieliśmy kontakt. Napisałaś do mnie o swoim śnie i o wątpliwościach, czy u mnie wszystko w porządku.
Nieco odruchowo odpisałem, że wszystko dobrze. Ale co w tej sytuacji może znaczyć słowo „dobrze”? Żyję, próbuję funkcjonować, choć przychodzi mi to z wielkim trudem. Więcej przesypiam, niż przeżywam. Ale jakoś się trzymam.
Nie zamierzam zrobić niczego głupiego, bo przecież wiem, że przede mną jeszcze wiele pięknych chwil. Nie wspominając już o tym, że wciąż tli się we mnie iskierka nadziei.
Potem wymieniliśmy jeszcze kilka wiadomości, ale totalnie nie potrafiłem się w nich odnaleźć. Z jednej strony nie chciałem być zbyt oschły, żeby nie zniechęcić cię do kolejnych kontaktów. Z drugiej strony straszna, przytłaczająca tęsknota zmuszała mnie, żeby się upewnić. Czy to już? Czy to wszystko? Czy na pewno chcesz tylko wiedzieć, czy u mnie dobrze? Czy może coś się zmieniło? Czy jest jeszcze jakaś szansa?
Szybko sprowadziłaś mnie na ziemię. Po raz kolejny zasygnalizowałaś to, z czym do tej pory nie mogę się pogodzić: że to już koniec, że ty tego nie czujesz, że nigdy już nic z tego nie będzie. To straszne.
A już za dwa tygodnie Wszystkich Świętych, czyli paradoksalnie nasze święto.
Boże, w którego nie wierzę, daj mi siłę.
Twój, P.